O autorze
Jerzy Borowczak - Polski polityk i działacz związkowy, poseł na Sejm III, VI i VII kadencji. Były opozycjonista w PRL W 1980 razem z Bogdanem Borusewiczem, Bogdanem Felskim i Ludwikiem Prądzyńskim zainicjował strajk w Stoczni Gdańskiej. Od tego czasu należy do bliskich współpracowników Lecha Wałęsy. Po powołaniu NSZZ "Solidarność" został wiceprzewodniczącym komisji zakładowej związku z SG. Po wprowadzeniu stanu wojennego dyscyplinarnie zwolniony, pracował w gdańskiej Spółdzielni Pracy Usług Wysokościowych.

BEZ LECHA WAŁĘSY NIE DALIBYŚMY RADY

Spotkanie po latach z okazji nadania Alei imienia"Solidarności" w Brukseli. Lech Wałęsa, piąty organizator strajku w sierpniu 1980 r. miał w tym momencie inne obowiązki.
Spotkanie po latach z okazji nadania Alei imienia"Solidarności" w Brukseli. Lech Wałęsa, piąty organizator strajku w sierpniu 1980 r. miał w tym momencie inne obowiązki.
Ciągle budowane są mity, niestety w większości fałszywe o rozpoczęciu historycznego strajku w Stoczni Gdańskiej 14 sierpnia 1980 roku. Czuję się w obowiązku, jako jeden z pięciu organizatorów tego strajku dawać świadectwo i aby przeciwstawić się fałszowaniu historii. Ograniczę się dzisiaj tylko do krótkiej bezpośredniej genezy zorganizowania strajku i samego dnia, a w zasadzie poranka, kiedy to zorganizowaliśmy strajk, który, jak się okazało zgodnie z proroczym wezwaniem Ojca św. Jana Pawła II do Ducha św. rok wcześniej, „zmienił oblicze tej ziemi”.

Należy przyjąć, że decyzja o zorganizowaniu strajku w Stoczni Gdańskiej zapadła w gronie pięciu osób, tydzień wcześniej. 7 sierpnia 1980 roku. Spotkaliśmy się w gronie przyjaciół zaangażowanych w Trójmieście w działalność antykomunistyczną, głównie w Wolnych Związkach Zawodowych i Ruchu Młodej Polski, w mieszkaniu Ewy i Piotra Dyków w Gdańsku Wrzeszczu przy ul. Sienkiewicza 10, aby powitać Dariusza Kobzdeja i Tadeusza Szczudłowskiego, którzy wyszli z więzienia, po odbyciu kary 3 miesiące pozbawienia wolności, skazanych przez gdański sąd za udział w obchodach rocznicy Konstytucji 3 Maja.

W trakcie spotkania Ania Walentynowicz poinformowała nas, że została zwolniona dyscyplinarnie ze Stoczni Gdańskiej. Wszyscy zebrani, około 30 – 35 osób, zgodnie zapewniali Anię, że będziemy jej bronić, ale jedynie obecny Lech Wałęsa skonkretyzował tę obronę mówiąc: „Pani Aniu, zorganizujemy strajk w Pani obronie”. W tym gronie była to najdalej idąca deklaracja. Wałęsa, należy przypomnieć, został zwolniony dyscyplinarnie ze Stoczni już w 1976 roku jako „wichrzyciel antysocjalistyczny”.

Po kilkunastu minutach Bogdan Borusewicz, uczestnik tego spotkania, jedna z najbardziej znaczących postaci opozycji antykomunistycznej w kraju, poprosił dyskretnie mnie, Bogdana Felskiego, Ludwiga Prądzyńskiego, i Lecha Wałęsę, abyśmy wyszli na dwór. Gdy niepostrzeżenie wyszliśmy, Bogdan Borusewicz powiedział do nas, że nie możemy zostawić bez konkretnego protestu zwolnienia Ani Walentynowicz, skoro macierzysty wydział Walentynowicz nie zareagował żadnym protestem. Bogdan dodał, że będzie to dobra okazja, aby zmobilizować załogę Stoczni Gdańskiej i sformułować inne ważne postulaty. Zgodziliśmy się z Bogdanem Borusewiczem i po krótkiej wymianie opinii ustaliliśmy, że zachowujemy te uzgodnienia w ścisłej tajemnicy jak również wszystkie dalsze działania. Umówiliśmy się, że na następnych spotkaniach w naszym pięcioosobowym gronie ustalimy formułę i datę protestu.

Następnego dnia przyjechał do mnie Bogdan Borusewicz i nie wchodząc nawet do mieszkania, wywołał mnie z podwórka, abym wyszedł. Udaliśmy w kierunku lasku, usiedliśmy na miedzy i zaczęliśmy rozmawiać co trzeba zrobić. Ustaliliśmy przede wszystkim, że nie wciągamy w plany nikogo więcej poza tymi z którymi rozmawialiśmy wczoraj. Ustaliliśmy z Bogdanem, że będzie to strajk w Stoczni, tak jak wczoraj Wałęsa powiedział do Ani Walentynowicz. Następne spotkania odbywaliśmy już w czwórkę, z Bogdanem Felskim i Ludwigiem Prądzyńskim i o wszystkim informowaliśmy szczegółowo Lecha Wałęsę. Nie ciągaliśmy na te spotkania Lecha, gdyż wiedzieliśmy, że jego żona spodziewa się rozwiązania. Zbudowaliśmy cały scenariusz, przydzieliliśmy zadania każdemu z nas. Ustaliliśmy, że liderem strajku będzie Lech Wałęsa, który niejednokrotnie podczas wystąpień publicznych organizowanych przez opozycję antykomunistyczną, porywał swoimi wystąpieniami i był naturalnym kandydatem na przywódcę. Poza tym jego wieloletnie doświadczenie opozycyjne było decydującym czynnikiem, że to jemu powierzyliśmy rolę przywódcy strajku.

Ustaliliśmy pierwotnie datę rozpoczęcia strajku na 13 sierpnia, ale Wałęsa powiedział, że 13-go mu nie odpowiada, bo musi iść do USC zgłosić narodziny córki Ani, ale 14-go będzie już do dyspozycji. Stanęło więc na 14 sierpnia. Do postulatu z żądaniem przywrócenia natychmiast do pracy Ani Walentynowicz, dodaliśmy postulaty socjalne, w tym podwyżki płacy o tysiąc złotych i dodatek drożyźniany. Wydrukowaliśmy ulotki z tymi postulatami. Ustaliliśmy, że ja z Ludwigiem Prądzyńskim i Bogdanem Felskim, rozpoczniemy strajk na naszych wydziałach. Lech Wałęsa, najpilniej śledzony przez SB miał za zadanie, nie dać się aresztować i dotrzeć do Stoczni, aby objąć przywództwo nad strajkiem. Bogdan Borusewicz czuwał merytorycznie nad całością przygotowań. Był głównym strategiem i mózgiem tych przygotowań. Myśmy byli młodzi, ja miałem 22 lata, to Bogdan Borusewicz był dla nas autorytetem i zaprawionym w boju opozycjonistą, członkiem KOR. Bogdan opracował między innymi treść ulotek i czuwał nad ich potajemnym drukiem. Mieliśmy przyjść na 5:00 rano do Stoczni. Ulotki dostarczyliśmy na teren Stoczni dzień wcześniej, aby nie ryzykować dekonspiracji w ostatniej chwili, ewentualną wpadką, naszych planów. Ja wstawiłem się na mój wydział K5 punktualnie o 5:00. Ludwig Prądzyński i Bogdan Felski również dotarli na swoje wydziały. Ludwig odebrał ode mnie ulotki około 5:30 i pobiegł z nimi na swój wydział oddalony o około 2 kilometrów. Zdecydowaliśmy w naszym scenariuszu rozpocząć strajk w szatni rano, aby Łabędzki, członek KC PZPR wraz z majstrami nie zdusili strajku na wydziale, apelami i zastraszaniem ludzi. Wezwałem robotników do strajku rozdając ulotki i wyjścia na zewnątrz hali. Około 5:45 wysłałem łącznika Zygmunta Rakowskiego, który popędził na wydział K3 na rowerze z wiadomością do Prądzyńskiego i Felskiego, że rozpoczęliśmy strajk. Co ciekawe, Zyga był wydziałowym przewodniczącym ZSMP, ale był nasz. Wyszliśmy na drogę wewnątrz stoczniową i rozpoczęliśmy marsz około 120 osobową grupą, wznosząc okrzyki „chodźcie z nami, strajk”, w kierunku wydziału K3. W tym czasie Ludwig Prądzyński i Bogdan Felski zrobili na swoim wydziale K3 co do nich należało, rozpoczęli strajk, podobnie jak ja.

Reszta potoczyła się już spontanicznie i więcej było w tym improwizacji, niż trzymania się kurczowo scenariusza opracowanego przez naszą „piątkę spiskowców”. Powołaliśmy wpierw Komitet Strajkowy. Lech Wałęsa, dzięki swojemu wrodzonemu sprytowi dotarł w końcu bezpiecznie do Stoczni około 10:00 i wpisałem go na listę Komitetu Strajkowego pod pozycją nr 21, ale i tak było oczywiste, że jest numerem jeden. Lech Wałęsa musiał w sprytny sposób wymknąć się stałej obstawie SB-eckiej stacjonującej pod jego blokiem. Do Stoczni nie mógł wejść przez bramę z przyczyn oczywistych, gdyż nie posiadał przepustki od kilku lat i dlatego pozostało mu tylko przeskoczenie muru. Wszyscy ci, którzy podważają dzisiaj te fakty, nie tylko fałszują historię, ale szerzą podłe insynuacje, jakoby Wałęsę do Stoczni przywiozły służby motorówką. Podkreślę ponownie, to my, we czwórkę, zdecydowaliśmy, bez udziału Wałęsy, że to on będzie przywódcą strajku. Wałęsa przyjął naszą decyzję do wiadomości i ją zaakceptował.

Muszę koniecznie przypomnieć moment w którym Lech Wałęsa dotarł do Stoczni, co relacjonowałem w wywiadzie dla „Tygodnika Solidarność”, bodajże nr 21, w 1981 roku, przeprowadzonym przez Krzysztofa Wyszkowskiego. Przed 10:00 dyrektor Stoczni Klemens Gniech z kilkoma osobami z kierownictwa Stoczni robili wszystko, aby strajk się zakończył. Dyrektor stał na koparce i mówił, skoro wybraliście komitet strajkowy to idźcie do pracy, a my z komitetem będziemy rozmawiać. Stałem na tej koparce obok dyrektora i nie ukrywam, że byłem mocno wystraszony, że ludzie się rozejdą i będzie po strajku, bo już wielu ze zgromadzonych na placu Stoczni kierowało się w stronę swoich wydziałów. Stojąc na koparce rozglądałem się czy nie ma gdzieś na horyzoncie Lecha Wałęsy, bo zdawałem sobie sprawę, że tylko Lechu potrafi w tej kryzysowej sytuacji podtrzymać strajk. W tym momencie zobaczyłem biegnącego Wałęsę od strony muru Stoczni. Jak dobiegł do koparki, podałem mu rękę, aby wdrapał się na nią. Wałęsa pierwsze słowa skierował do dyrektora Gniecha, mówiąc „Panie dyrektorze poznaje mnie Pan, nazywam się Lech Wałęsa, pracowałem w Stoczni, zostałem zwolniony”. Następnie zwrócił się emocjonalnie do stoczniowców i sytuacja się odmieniła. Dyrektor już wiedział, że strajku nad którym przejął kontrolę Lech Wałęsa nie zakończy i zszedł z koparki. To był w pierwszym dniu decydujący moment. Bez Lecha Wałęsy nie dalibyśmy rady.

Dalsza historia strajku sierpniowego jest powszechniej znana, poświęcono jej wiele publikacji, powyższemu mojemu opisowi również. Najobszerniejsze archiwum tych wydarzeń znajduje się w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku. Ten opis traktuję jako moje osobiste wspomnienie, mojego „romansu” z historią, którą miałem możliwość „dotknąć” i w pewnym sensie współtworzyć. Celem było marzenie, często nieartykułowane głośno, wolna i demokratyczna Polska. W ówczesnej sytuacji geopolitycznej nie widzieliśmy realnych szans na to, ale dożyliśmy, ziściło się to marzenie. Wówczas nikt nie śmiał nawet marzyć, że staniemy się trwałą częścią świata zachodniego, w tym NATO i UE. Ale dożyliśmy też czasów, niestety, gdy ta cudowna zdobycz, demokratyczna Polska, jest niszczona i to jest powodem mojego wielkiego dramatu. Daliśmy z siebie wiele, udało się poderwać miliony rodaków w ruch „Solidarności”, który był główną zdobyczą tego strajku i strajków jak Polska długa i szeroka. W 1989 roku zwyciężyliśmy, przez 25 lat mozolnie budowaliśmy sukces Polski, jej rozwój i stopniowy dobrobyt Polaków, co jest faktem nie do podważenia. Dzisiaj ten dorobek jest niszczony, trwoniony jest cały autorytet naszej Ojczyzny na arenie międzynarodowej. Smutna to, ale i dramatyczna refleksja, 37 lat po tych historycznych wydarzeniach.
Trwa ładowanie komentarzy...